Trochę powystawowych refleksji na różne tematy.



Powrót z Audio Show oznaczał powrót do świata codziennego. I nie ukrywam - odpoczynek, bo wystawa to tak naprawdę nieustanne chodzenie, a kilkugodzinne przebywanie w pomieszczeniach jest najzwyczajniej męczące - zarówno fizycznie jak i psychicznie.

Dlatego też przez kilka pierwszych dni chciałem dać odpoczynek przeładowanej wrażeniami głowie.

Kiedy jednak w końcu uruchomiłem sprzęt - moje zadowolenie nie miało granic. Po prostu uświadomiłem sobie mój poziom satysfakcji z brzmienia posiadanego przeze mnie systemu - stwierdziłem, że nie potrzebuję niczego ponad to co już uzyskałem. Oczywiście mam pełną świadomość, że ten dźwięk z punktu widzenia wielu osób może wzbudzać zastrzeżenia różnorakiej natury, wymaga również jeszcze wykonania pewnych koniecznych prac (zwrotnice!), ale ...

Może zresztą właśnie w ten sposób mój aparat poznawczy odreagował potworną ilość informacji, którą otrzymałem na Audio Show? Przyszło mi także na myśl, że można poczynić kilka uwag o nieco ogólniejszym charakterze. 

Zadziwiające, jak niewiele "zwykłej", znanej mi (a znam naprawdę wiele) muzyki słyszałem podczas prezentacji na Audio Show. Kilkanaście, a nawet kilka lat temu wśród wystawców istniał pewien kanon - wykonawców i płyt. Dużą popularnością cieszyły się wydawnictwa określane jako "audiofilskie" - płyty Chesky Records były niemal "obowiązkowe", prócz tego prezentowane były płyty rockowego i jazzowego mainstreamu - "The Dark Side of The Moon" Pink Floyd, "Hell Freezes Over" The Eagles, "Amused To Death" Rogera Watersa, "MTV Unplugged" Erica Claptona, "Kind Of Blue" Milesa Davisa - przykłady możnaby mnożyć w nieskończoność. Na tej wystawie takich "pewniaków" po prostu nie było.

Generalnie jednak, chodzi o to, że dawniej prezentowano muzykę ZNANĄ szerokiemu gronu odbiorców, którzy mieli możliwość dokonywania porównań.

Co ciekawe, choć królujący dziś na wystawie Tidal pozwala na praktycznie nieograniczone możliwości prezentacji każdego gatunku i wykonawcy, to jednak prezentowana przez wystawców muzyka w większości stanowiła dla mnie nowość. Czasami jedynie prośby zwiedzających skłaniały wystawców do zmiany repertuaru, choć z trafnością tych wyborów (w przedmiocie jakości nagrania) można by dyskutować. W jednym z pokojów wystawca na prośbę przyjaciela puścił fragment "Live in Hamburg" Esbjörn Svenson Trio - reakcja kilku osób (chyba słyszących te nagrania po raz pierwszy) była bardzo wymowna. Pytania o wykonawcę, płytę wskazują, że ta muzyka trafiła w gust słuchających. Nawiasem mówiąc, brzmienie tej płyty jest po prostu fantastyczne.

Bardzo niewiele prezentacji było prowadzonych z użyciem płyt CD. Wielu znajomych, regularnie odwiedzających Audio Show, wspominało o renesansie magnetofonów szpulowych jaki miał miejsce jeszcze kilka lat temu. Jeśli tak, to ów renesans się skończył - magnetofonów praktycznie nie zauważałem.

Powstałą lukę zapełnił winyl. Gramofony były w bardzo wielu pokojach. W ogóle płyty winylowe stanowiły bardzo widoczny element wystawy. Kilka stoisk z płytami gramofonowymi było oblegane przez zainteresowanych. Choć nie używam gramofonu, podszedłem z ciekawości  by zerknąć na ofertę. Była naprawdę imponująca. Trudno mi odnieść się do realnej wartości oferowanych płyt, ale z usłyszanych rozmów wynikało, że ceny były podawane dla "zwykłych" oraz japońskich edycji. Japońskie były znacznie droższe. Były płyty zafoliowane, oraz płyty używane - zaskoczyły mnie stosunkowo wysokie ceny tych ostatnich. 

Sprzedający najwyraźniej "poczuli krew" w analogowym boomie - osoby chcące tworzyć czy też rozbudowywać winylowe zbiory nie będą mieć lekkiego życia.

Przyjaciel - osoba, która jak mało kto zna tematykę grania z winylu, był bardzo zainteresowany ofertą płytową i zagłębił się w poszukiwania. Po zwiedzeniu kilku stoisk, wrócił nieco zdegustowany stanem technicznym oferowanych płyt. 

Przyznam, że obserwowałem to wszystko z pewnym zaciekawieniem. Dla mnie czas winylu to lata 80-te, polskie płyty, gramofon Bernard GS 434 i polowania na właściwą wkładkę.



Gramofon nie był niczym modnym, niczym niezwykłym. Był oczywistym elementem rzeczywistości, wraz z radiem UKF i magnetofonem tworzącym dostęp do świata muzyki. Był czymś co po prostu się miało. Dostęp do płyt był jaki był, a i tak człowiek cieszył się tym co udało się "upolować" czy "załatwić".

Płyty zachodnie były poza zasięgiem finansowym. PEWEX, giełdy odstraszały cenami. Tu nieocenione było radio, zwłaszcza "Wieczór płytowy" nadający w całości albumy.

Lata 90-te to czas CD. Nie był to czas dobry dla analogu. Dziś można się śmiać z tych, którzy wieszczyli jego koniec, ale wtedy tak to wyglądało. Moi znajomi kupowali wtedy płyty gramofonowe w naprawdę śmiesznych cenach - podaż rosła, a popyt malał.

Ja miałem to szczęście, że było mi dane poznać wielu ludzi, którzy ze słuchania LP nigdy nie zrezygnowali. Miałem także niejednokrotnie możliwość słuchania torów naprawdę bardzo wysokiej klasy i nieraz w kosmicznych cenach.

I zawsze byłem pod wrażeniem tego dźwięku. Bo to niejako na nim się wychowałem. Bo to ten format stworzył muzykę odtwarzaną w domu. Bo to na nim wydano najlepsze płyty jakie znam.

Dość długo przypatrywałem się kupującym, chodząc wokół stoisk z płytami.

Ludzi przeszukujących można było - moim zdaniem - podzielić na dwie grupy.

Jedna z grup - nazwijmy ją "50+" w spokoju, często samotnie przeszukiwała zbiory, wyraźnie chcąc znaleźć jakieś konkretne, dawno poszukiwane tytuły. Znacznie rzadziej wdawała się w dyskusje ze sprzedawcami i rzadko szukała ich opinii. Miałem nieodparte wrażenie, że ci ludzie WIEDZĄ czego szukają i dokonują WYBORU. 

Zauważałem, że używają zwrotu "płyty". Dla nich znaczenie tego słowa jest oczywiste. CD to CD, a płyta to płyta.

Grupa druga - określę ją jako "40-" była inna. To gorączkowe przerzucanie zawartości pudełek, często w towarzystwie kolegów, głośne dyskusje, często zadawane sprzedawcom pytania. Pytania nieraz nawet dla mnie dość oczywiste. Obraz tej drugiej grupy dawał wrażenie uczestnictwa tych ludzi w czymś nowym i nie do końca znanym. W swego rodzaju odkrywaniu, eksploracji nieznanego, nowego świata. Tu króluje słowo winyl (często z wyraźnie zaznaczonym "v" 😉. 

Pomyślałem, że ta pierwsza grupa pozostanie na zawsze. Jest tak rozmiłowana w swoim hobby, że żadne okoliczności nie będą miały na nią wpływu. 

Druga grupa tworzy inny obraz. "Analogi są super". "Wszyscy je mają". "Wszyscy kupują". "Trzeba to mieć".

To dwa inne obrazy i nieco dwa inne światy.

Ci pierwsi zawsze mieli swoje zbiory, teraz uzupełniają, bo mogą. Bo "zawsze tego szukałem ...". 

Ci drudzy kupują. Teraz. Zaraz. Bo "kupiłem gramofon".

Czy ta druga grupa stanie się kiedyś tą pierwszą? Czy zdąży? Wytrwa?

Czas pokaże.



Komentarze

Popularne posty