Zappa Plays Beefheart - Bongo Fury 50th Anniversary

Na takie wydawnictwo czekałem od wielu lat. Za każdym razem gdy wracałem do wydanego w 1975 albumu "Bongo Fury" nie opuszczało mnie stale obecne uczucie niedosytu. Muzyka zawarta na tej płycie była dla mnie po prostu zbyt dobra, by 40 minut było dla mnie satysfakcjonującą jej porcją. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć przyczyn dla których została wydana w tak okrojonej formie - cały czas czekałem na wydanie materiału z tej trasy.
Co prawda, z biegiem lat natrafiłem na dwa bootlegi dokumentujące wiosenną trasę koncertową z 1975 - nagrany 26 kwietnia 1975 występ w Providence
oraz koncert w El Paso z 23 maja 1975.
Stanowią one surowy, nieprzetworzony studyjnie zapis tych wydarzeń, i - mimo przeciętnej jakości technicznej - bez wątpienia warte są posłuchania.
Zachęcony treścią wydawanych w ciągu ostatnich lat zbiorów ze studyjnymi i koncertowymi nagraniami Franka Zappy z różnych okresów działalności, miałem nadzieję że muzyka z wiosennej trasy 1975, w wersji zarejestrowanej przez samego Zappę ukaże swój nowy wymiar.
I doczekałem się. Box "Bongo Fury 50th Anniversary" zawiera nagrania z "oryginalnego" albumu z 1975 (w wersji zremasterowanej w 2012), zestaw nagrań nazwanych "Bonus Fury" - zawierający kilka alternatywnych i wydłużonych wersji niektórych utworów. Zasadniczą część tego wydawnictwa stanowią jednak nagrania z dwóch koncertów które miały miejsce w Armadillo World Headquaters w Austin w dniach 20 i 21 maja 1975.
Zapis tych koncertów to, w mojej opinii znakomite rozwinięcie i zarazem dopełnienie wydanej w 1975 płyty.
Mam jednak pewne wątpliwości co do adekwatności użytego zwrotu "dopełnienie". Mamy bowiem do czynienia z sytuacją gdy pierwotnie wydane 40 minut muzyki jest "uzupełniane" ponad 270 minutami nagrań. Skala "nowego" materiału w odniesieniu do zawartości oryginału jest więc przytłaczająca.
W mojej opinii, materiał koncertowy z tego boxu w większym stopniu budzi skojarzenia ze wspomnianym koncertem z Providence (pomijając kwestie techniczne) niż z samym "Bongo Fury" który przez swój rozmiar może tworzyć teraz wrażenie wręcz specyficznego "trailera" tej muzyki.
Poziom techniczny realizacji wchodzących w skład boxu nagrań jest po prostu znakomity. Brzmienie jest pełne i znakomicie wyrównane tonalnie. Jakość tych realizacji pozwala na odsłuch całych koncertów bez uczucia zmęczenia - ta muzyka po prostu płynie, wciągając słuchacza w wydarzenia sceniczne.
Te koncerty - w mojej opinii - obrazują pewne odstępstwo od konsekwentnie budowanej w tym okresie przez Zappę koncepcji muzycznej.
Analizując wydawnictwa Franka Zappy z pierwszej połowy lat 70-tych, poczynając od "Over-Nite Sensation" poprzez "Apostrophe ('), koncertowy "Roxy & Elsewhere" po "One Size Fits All" a nawet późniejsze "Zoot Allures" sprawiają na mnie wrażenie płyt posiadających pewne wspólne cechy stylistyczne i aranżacyjne. Mógłby nawet zaryzykować twierdzenie o wspólnych cechach czy wręcz genotypie tych albumów jako będących wynikiem rozwijającej się koncepcji brzmieniowej Zappy z tego okresu.
Natomiast wydane w 1975 "Bongo Fury" wygląda w pewien swoisty sposób na "krok w bok", na - według mnie - pewne zejście z przyjętej ścieżki.
Sadzę, że zasadniczym tego powodem jest fakt, iż udział w omawianej trasie wziął Don Van Vliet znany jako Captain Beefheart.
Był to człowiek z którym Frank Zappa znał się od młodości. Brał udział w projektach Zappy już wcześniej (album "Hot Rats"), a Zappa był z kolei producentem płyty Beefhearta "Trout Mask Replica" z 1969.
Mimo wielu punktów wspólnych, Zappa i Beefheart byli muzykami o różnych osobowościach, a ich wieloletnie relacje obfitowały w konflikty.
Beefheart jako muzyk był w o wiele większym stopniu niż Zappa zafascynowany bluesem (a zwłaszcza jego wczesnymi formami) który łączył z nieraz skrajnie awangardowymi koncepcjami stylistycznymi i brzmieniowymi. Jego nagrania z pewnością niewiele miały wspólnego z klasycznie pojmowanym rockiem, a dla bardzo wielu osób jawił się jako twórca niezrozumiały, a już z całą pewnością nieprzewidywalny. Choć doceniany przez krytykę, funkcjonował jako muzyczny outsider.
Jego udział w wiosennej trasie 1975 wniósł do prezentowanej na niej muzyki bardzo wiele. Captain Beefheart w pewien sposób był w składzie The Mothers "ciałem obcym", jednak jego wpływ na brzmienie całości tej muzyki jest naprawdę bardzo duży. Mam odczucie, że jako muzyk dodał on do funkcjonującego składu zespołu Zappy coś niekreślonego, jakiś pierwiastek muzycznego szaleństwa, tworzący nową jakość.
Mothers z Beefheartem brzmi jakoś inaczej - "luźniej" i - dla mnie - mniej przewidywalnie.
Powyższa uwaga dotyczy nie tylko nagrań skomponowanych przez Beefhearta - jego udział w wykonaniu utworów Zappy również zmienił je znacząco, silnie wpływając na ich sygnaturę brzmieniową.
Dlatego box "Bongo Fury 50th Anniversary" jest dla mnie pozycją fascynującą - obrazuje on bowiem jedną z najbardziej fascynujących muzycznych kolaboracji w historii muzyki.
"Goodbye Austin, wherever you are ... "
Komentarze
Prześlij komentarz