Droga Pierwszego Wata. Part I
Kiedy przed kilkoma tygodniami udało mi się uruchomić wzmacniacz ACA Mini, splot okoliczności sprawił, że nie zagrzał u mnie miejsca zbyt długo. Po kilku dniach (przyznaję - dość intensywnego) użytkowania przekazałem go przyjacielowi u którego gra obecnie z bardzo interesującymi (a bardzo rzadko spotykanymi) kolumnami Technics SB 7000,
sterowany przedwzmacniaczem pasywnym Khozmo. "Odzyskałem" w ten sposób mój amplituner Lenco R2600. Przez dobrych kilka miesięcy pełnił on rolę wzmacniacza w systemie przyjaciela.
Chciałem jednak wypróbować Lenco jako wzmacniacz sterujący Altecami.
Jak się okazało - nie wchodząc w tym miejscu głębiej w to zagadnienie - poradził sobie w tej roli znakomicie.
Wracając jednak do ACA Mini, mimo niedługiego kontaktu z tym urządzeniem, jego dźwięk "utkwił mi w głowie".
Mimo skromnej mocy (5W/ch) dał się zapamiętać jako urządzenie realizujące interesujący koncept. W mojej opinii jego poziom wyrafinowania brzmieniowego zupełnie nie korespondował z jego nader skromną (a raczej skrajnie ascetyczną) koncepcją konstrukcyjną. Co ciekawe, użytkujący go przyjaciel wyraził podobną opinię.
W tym czasie wielokrotnie rozmawiałem na temat "mojego" DIY z drugim moim przyjacielem, który udzielał mi nieocenionej pomocy i wielu rad podczas montażu. Podczas tych rozmów nazwisko Nelsona Passa padało bardzo często ...
Zwróciłem się także do niego z prośbą o "rzucenie okiem" na stan techniczny Lenco. Ten wyprodukowany w 1978 roku amplituner nie był przeglądany, a "dziewiczy" stan śrub obudowy nasuwał skojarzenie że nie był on w ogóle otwierany.
Umawiając że mną termin dostarczenia Lenco, przyjaciel dodał tajemniczo "... będę miał coś dla ciebie".
Jakież było moje zdumienie, kiedy kilka dni później, wchodząc z Lenco do warsztatu przyjaciela zobaczyłem TO.
Był to wzmacniacz mocy F4 należącej do Passa firmy First Watt - budującej jego autorskie projekty wzmacniaczy. Jest to urządzenie nie będące tzw. klonem, a oryginał wyprodukowany w USA prze First Watt.
Jak się okazało, przyjaciel zakończył właśnie jego naprawę.
Zaproponował mi jego użyczenie, dodając także kolejne urządzenie ...
Był nim przedwzmacniacz Scott Stereomaster C-130 - urządzenie z 1958 (!).
Już samo spojrzenie na jego frontową ściankę było szokiem. Mnogość możliwych trybów i ustawień jakimi dysponuje to urządzenie jest po prostu zdumiewająca - myślę, że zdjęcia i analiza opisów poszczególnych elementów regulacyjnych na froncie oraz górnej płycie mówi wszystko.
Przyjaciel wyjaśnił mi iż F4 to wzmacniacz o tyle nietypowy, że nie posiada stopnia napięciowego. Praca z aktywnym przedwzmacniaczem o dużym stopniu wzmocnienia jestem jego przypadku niezbędna - jego stopnień wzmocnienia wynosi ZERO.
Z tych względów użycie pasywnego przedwzmacniacza Khozmo w ogóle nie wchodziło w grę. Ostrzegł mnie także, iż F4 nie posiada jakichkolwiek zabezpieczeń przeciwzwarciowych i wszelkie operacje z przełączaniem kabli bezwzględnie wymagają jego wyłączenia.
Po powrocie do domu i podłączeniu tego zestawu, pozostawiłem go na kilkanaście minut.
Zauważyłem, że temperatura radiatorów (a w zasadzie całej obudowy) szybko osiągnęła naprawdę wysoki poziom - jest to zjawisko zupełnie normalne w przypadku wzmacniacza pracującego w klasie A.
Kiedy zabrzmiała muzyka ... byłem zdumiony i zaskoczony.
F4 (sterowany przez przedwzmacniacz Scott) zabrzmiał w sposób jednocześnie potężny, wybitnie gładki i bardzo szybki. Praktycznie trudno mówić w jego przypadku o ograniczeniach dynamicznych. W tym dźwięku bardzo dużo się działo - znane od lat nagrania zostały nasycone mnóstwem impulsów mikrodynamicznych i zostały wzbogacone o mnóstwo elementów rytmicznych.
Pojęcie realizmu uzyskuje w tym przypadku nowe, znacznie rozszerzone znaczenie. F4 (sam w sobie) brzmieniowo w jakiś sposób jest realizacją połączenia cech brzmieniowych lampy i tranzystora - i to (w mojej opinii) faktycznym, a nie deklaratoryjnym.
F4 to skrajnie przeźroczysty element wzmacniający - natomiast rodzaj użytego przedwzmacniacza silnie go definiuje. W tym rozumieniu tak naprawdę trudno w pewnych aspektach mówić o jego brzmieniu.
Będąc jednak ciekaw jak brzmi sama końcówka mocy, podłączyłem do niej bezpośrednio moją kartę dźwiękową - Korg DS DAC 100.
Korg dysponujący typowym napięciem 2V ( także na wyjściu XLR) nie jest wymarzonym źródłem dla F4.
Mimo tego, takie zestawienie zagrało z wystarczającym poziomem głośności dla normalnego odsłuchu. Zaprezentowało ono wręcz niewiarygodny poziom szczegółowości i ilości detali - czegoś jednak mi brakowało. Brzmienie było dla mnie w pewien sposób ... obojętne. Było jak patrzenie na obiektywnie rzecz biorąc piękną kobietę - tyle że nie będącą w naszym typie.
Wpięcie w tor Khozmo Passive nic nie dało - bo dać nie mogło. Jedynym skutkiem była nieznaczna redukcja poziomu głośności w momencie odkręcenia potencjometru na pełny poziom.
Jak się okazało, brakowało przedwzmacniacza. Wpięcie w tor Scotta zmieniło wszystkie aspekty brzmienia. Stało się ono żywe, bliskie i - jak dla mnie - znacznie bardziej przyswajalne.
Żeby było jasne - nie chodzi o "podbarwianie" tranzystora brzmieniem lampy a o barwę całości. Scott nie zmienia brzmienia tranzystorowej końcówki - on czyni brzmienie CAŁEGO zestawu atrakcyjniejszym dla słuchacza.
To jednak było to ...
Cdn ...
Komentarze
Prześlij komentarz